Być jak tamten tato

Wiecie co. Ja w sumie jestem takim trochę świrem odkąd zostałam mamą. Wydaje mi się, że rodziców można podzielić na dwie części. Świry takie jak ja i luzaków takich jak tamten tato. Och… Jak ja mu zazdroszczę.
A rzecz miała miejsce w niedziele w kościele. Na mszę dla dzieci przyszedł pewien tato…

foto: www.pixabay.com

foto: www.pixabay.com

Siedzi sobie taki tato. Z twarzy bije stoicki spokój, a obok siedzi rozkoszny brzdąc w wózku. Na moje oko mniej więcej dwuletni. Grzeczne posiedzenie malca nie trwa wiecznie, a nawet śmiem twierdzić, że może tylko z 10 minut po których zaczynają się wygibasy. Jest przypięty, więc tato nawet nie mrugnie, a ja w tym czasie mam już stan przedzawałowy, bo boję się, że o ile nie wyleci z wózka, to wózek przewróci się razem z nim. Grunt, że chłopczyk jest cicho, więc tato się nie przejmuje. Po chwili jednak zaczyna dawać głos, więc tato nie śpiesząc się podaje mu coś na kształt miarki do mleka i tu zaczyna się mój osobisty horror. Słodki blondynek wygibaszając się sięga miarką do koła wózka i zdrapuje z niego piasek, po czym go zjada. I tak paręnaście razy. Międzyczasie tak się wygina, że ja już prawie z zawałem, a tatuś ani drgnie. I jak napisałam wyżej. Jak ja mu zazdroszczę. Zazdroszczę mu tego spokoju, tego nie myślenia co w tym piasku jest, braku zamartwiania się o te wszystkie konsekwencje, które już wyrysowałam sobie w głowie lub, że po prostu ten wózek zaraz się wywróci. Zazdroszczę jemu i również innym mamusiom i tatusiom, którzy mają takie luźne podejście, bo oszczędzają wielu nerwów i nie grozi im choroba wrzodowa jak np. mnie.

Żeby nie było. Nie trzymam dziecka w klatce, nie chucham jakoś i nie dmucham. Po prostu jako osoba, która spędziła 9 lat na studiowaniu uważam, że nie po to nauka, medycyna poczyniła takie postępy, żebyśmy to schowali do szuflady. Nie pozwalam Zuzi jeść piasku. Po każdym spacerze myjemy ręce, a międzyczasie sprawdzam czy nie ma zamiaru zjeść czegoś podejrzanego, przez co bym nie mogła spać. Ponadto nie przyszło mi nigdy do głowy oblizać jej smoczka, nie pozwalam rodzinie jej całować, ani nie jemy jedną łyżeczką przynajmniej z trzech powodów.

Ktoś powie: Wyluzuj. Z miłą chęcią, ale nie potrafie. Choć może to świrowanie jest trochę męczące, ale z drugiej strony podświadomie robię to  jednak dla mojej wygody. Wolę uniknąć niemiłych konsekwencji, które mogłyby popłynąć np. ze zjedzenia takiego piasku z kółka od wózka, w którym nie wiadomo co jest. Choć chłopczyk posiedział chwilę w spokoju, to nie wiem czy ta chwila była warta np. potencjalnego zarażenia się toksoplazmozą czy jakimiś robakami, przez które trzeba by odrobaczać wszystkich członków domowego ogniska łącznie z psem.
Zu przez zęby jest markotna i mamy ciężkie noce. Niechby do tego doszło jakieś zatrucie pokarmowe czy coś, to wolę nie myśleć jaką bym miała z nią szkołę przetrwania.

Tak, tak, wiem… I tak mnie to czeka. Ale póki co wolę zapobiegać niż leczyć.

Mimo wszystko i tak czasem zazdroszczę tym wyluzowanym rodzicom, którym ja jakoś się stać nie potrafię. Może przyjdzie to z wiekiem, ale chyba w to wątpię. Nie wiem gdzie szukać tego przyczyny. Podejrzewam, że jest to chyba spowodowane świadomością lub nieświadomością i tego pierwszego raczej nie da się u mnie zmienić.

A jeszcze parę lat temu by mi  nawet do głowy nie przyszło, że będę właśnie po tej stronie, zamiast po stronie wspomnianych luzaków.

1,536 total views, 4 views today

  • Nooo ja też bym nie dała rady stać cierpliwie i nie reagować. A powiedz mi o co chodzi z tym całowanie/niecałowanie przez rodzinę? Ale że wogóle, czy np. w główkę ok. Bo właśnie ja mam z tym problem. I wogóle dziwię sie że inni ludzie (nawet nie rodzina również obcy) chcą całować moje dziecko (w policzki, rączki), mi z innymi dziećmi nigdy do głowy to nie przyszło. Czasem mnie muruje i nie wiem jak zareagować.

    • W główkę ok, ale rączki odpadają, przecież dziecko bierze je do buźki. Zapraszam tutaj: http://corobimama.pl/opryszczka/
      Ja zaczęłam po prostu mówić, czy np. pani by chciała, żeby ktoś podszedł i ciągnął panią za rączki, albo chciał całować? Rodzinę też poinstruowałam. To nasze dziecko i w razie sprzedania jakiejś zarazy, to będzie na naszej głowie. Z resztą czytałam kiedyś jakiś artykuł, że obcy uśmiechając się tylko lub zagadując rąbią źle, ponieważ w przyszłości dziecko zamiast mieć dystans do obcych może pójść „za cukierkiem”.